Opublikowano

Od komunizmu do weganizmu

kartkazywnosciowa

Kiedy Zoja podała przepis na kaczkę, a Elżbieta powiedziała dietom „bye”, postanowiłam zareagować. Wychodzę z konspiry i publicznie wyznaję, że jestem praktykującą wegetarianką od prawie trzydziestu lat! Kocham różne eksperymenty dietetyczne. Życiowy zwrot w kierunku jarskiej diety zawdzięczam zaś generałowi Jaruzelskiemu oraz małej jamniczce, którą dostałam w czasie stanu wojennego.

Lata osiemdziesiąte, reglamentacja, dwa i pół kilo mięsa dla umysłowych, tyleż samo dla bezrobotnych, czyli społecznych pasożytów, cztery i pół kilo dla klasy przodującej. Jamników nie uwzględniono w reglamentacji. Możliwości załatwienia mięsa na „lewo” – zero. Psa sałatą się nie wykarmi, trzeba było znaleźć trzecie wyjście – dieta jarska dla właściciela albo oddanie szczenięcia (co w rachubę raczej nie wchodziło). Wkroczyłam w rewiry dotychczas mi nieznane. Nie było wtedy blogów dla początkujących wegetarian, ani za wiele książek na ten temat, ani sklepików ze zdrową żywnością. Panowała zupełna posucha w tej dziedzinie. Nie można było, pamiętam, dostać ani soi, ani soczewicy, ani ekologicznych zbóż.
Pamiętam pierwsze wykłady na temat zdrowego życia. W Łódzkim Domu Kultury prowadził je Zygfryd Mergel, Niemiec urodzony w Zduńskiej Woli czy w Zgierzu, nie pamiętam dokładnie (przed II wojną w Łodzi i okolicy osiedlonych było sporo Niemców). Mówiliśmy o nim „profesor”, choć nie wiadomo, czy był nim w istocie.  Nie to jest ważne. Mówił wtedy rzeczy mało popularne – o głodówkach, o dobrodziejstwie diety wegetariańskiej, o ćwiczeniach fizycznych. Miał znakomitą kondycję fizyczną, jak na swoją siedemdziesiątkę. I jeszcze jedną niezwykłą cechę – potrafił słuchać swojego rozmówcy (dzisiaj to cecha w zaniku, przeważnie mówimy i na słuchanie drugiej osoby jakby już chęci nie starcza). A u profesora odwrotnie: kiedy ktoś zadawał mu pytanie, on cały dosłownie zamieniał się w słuch i miało się wrażenie, że tylko pytający i jego problem jest najważniejszy. Była to końcówka stanu wojennego. Potem pamiętam pierwszy, malutki sklepik na Narutowicza w Łodzi. Pojawiła się pierwsza wegetariańska restauracja, prowadzona przez wyznawców Hare Kriszna,  a potem moda na różne -izmy popłynęła szerszym strumieniem. Teraz toniemy pod naporem tsunami  wszelkich żywieniowych sensacji.

Na pierwszym etapie jarstwa, zanim nauczyłam się słuchać swojego organizmu, popełniłam sporo błędów – za dużo węglowodanów, za dużo podjadania ciast domowych, za mało warzyw. Organizm musi mieć czas, aby zaakceptować nowy sposób żywienia.
Z perspektywy czasu widzę jeszcze jeden błąd początkujących wegetarian: pouczają, gromią mięsożerców, instruują, straszą („I ty jeszcze ten żółty ser jesz?!!! Wiesz, co jesz???”, „I ty, ty przykładasz rękę do niewinnie przelanej krwi!”). Wegetarianie w fazie neofityzmu chcą nawrócić wszystkich marchewką i sałatą,  a jak się nie da, to choćby ogniem i mieczem…
Większość wymazuje z pamięci babciny rosołek z podwórkowej kury i niedzielny gulasz wołowy u mamusi. Niestety – ja też  etap „nawracania” innych miałam, przyznaję ze wstydem. Jednak po latach prób, błędów, różnych eksperymentów dietetycznych, które jakoś szczęśliwie przeżyłam, muszę przyznać, że tamten wybór – i na jamnika, i na nowy sposób życia, był naprawdę świetnym wyborem. Pozbyłam się alergii, wyrównałam ciśnienie, uodporniłam swój organizm, uregulowałam wagę. Myślę, że dieta miała tutaj bardzo duży wpływ na bardzo dobre wyniki.

Nie jestem stuprocentową weganką. Mam bardzo długie okresy ściśle wegańskiej diety, ale po nim zdarzają się jakieś odstępstwa (mięsa jednak nie jem wcale). Rozumiem, że nie wszyscy chcą (i mają do tego prawo) zmieniać sposób odżywiania. Każdy ma prawo wyboru.

WEGA! Zapowiadam na portalu naturalnie.pro: będą kiełki, rzeżucha też. Dieta roślinna oczyszcza organizm, daje energię i siłę. Naprawdę! Kiedyś poznałam wegankę, która uprawiała biegi maratońskie. Miała około czterdziestki (a wyglądała najwyżej na 23 lata). Claire (była Angielką) wstawała codziennie o piątej, by trenować na dosyć stromych wzgórzach w Schwaebisch-Hall (było to na kursie języka niemieckiego dla nauczycieli). – Trzydzieści lat pracuję w Instytucie Goethego, uczę różnych ludzi na całym świecie, ale kogoś takiego nie spotkałem! – nie mógł się nadziwić nasz nauczyciel. Claire była bardzo zdyscyplinowana – chciała zdążyć na zajęcia z niemieckiego, które zaczynały się o dziewiątej. Weganie potrafią…

Liczba zwolenników wegetarianizmu wzrasta, co od lat obserwuję i czasem obawiam się, by transformacja nie poszła w odwrotnym kierunku – od weganizmu do komunizmu.
I co wtedy z jamnikami? Zielara

Mniszek jest dobry dla „zielonożerców”! Ja pozostanę przy tradycyjnej diecie!
Mniszek jest dobry dla „zielonożerców”! Ja pozostanę przy tradycyjnej diecie!

 

Zdjęcia:
buffingtondog/https://creativecommons.org/licenses/by-nc-sa/2.0/                              SusanneNilsson/https://creativecommons.org/licenses/by-sa/2.0/

Zobacz przepis na zupę z soczewicy
Zobacz przepis na pasty z awokado

Komentarz “Od komunizmu do weganizmu

  1. Tez kocham jamniki :). I rozumiem, ze dla takiego przyjaciela warto bylo zrezygnowac z kartkowego przydzialu miesa.

Dodaj komentarz