Opublikowano

Po szczęście do Budy Ruskiej

CZ HANCZA-BANIA_dobry kadr1

Mają dość dużych miast, choć odnosili w nich sukcesy. Wolą mieszkać w drewnianych chatach i gotować na starych, kaflowych piecach kuchennych. Wieczorami pieką kiełbaski przy ognisku albo idą do tradycyjnej ruskiej bani. Rzadko oglądają telewizję i nie patrzą na zegarki. Chcieliby, by czas się zatrzymał, tak bardzo im tu dobrze. – To miejsce ma w sobie magię – mówią nowi „osadnicy” w Budzie Ruskiej.

Do tej niewielkiej, suwalskiej wsi niełatwo trafić. Ukryta jest za lasem, kilka kilometrów od ulicy. Kiedyś nie było nawet tabliczki z nazwą wsi, ale kilka lat temu wywalczył ją w gminie Zbyszek Terlecki, ówczesny sołtys (teraz urząd ten sprawuje Bolesław Jurkun). Dopiero od niedawna jest też asfalt, dawniej trzeba było jechać wyboistą, polną drogą.

Przyjezdnych witają bociany, konie i krowy na rozległych, ukwieconych łąkach – bydła nikt nie zabiera na noc, zwierzęta „dyżurują” w plenerze od wiosny do jesieni.  Domy w Budzie Ruskiej są znacznie oddalone od siebie i rzadko spotyka się na drodze ludzi. Rano i wieczorem zobaczyć można kogoś z aparatem, fotografującego maki, kłosy żyta albo owady w zbożu. Jedynie nad Czarną Hańczą, na polu namiotowym, gromadzi się latem więcej osób. Wędkują, korzystają z sauny, pływają kajakami.

Ludzie z miasta zaczęli się tu osiedlać w latach 90. Grażyna Pezowicz, farmaceutka z Suwałk, świetnie to wszystko pamięta. Przyjeżdżała do Budy prawie od urodzenia. Jako jedyna „miastowa” nie musiała swojej chaty kupować, odziedziczyła ją po dziadkach, których Niemcy przesiedlili do tej wioski podczas wojny. – Mieszkałam z rodzicami na Śląsku, ale zawsze przyjeżdżaliśmy tu latem, aby pomagać podczas żniw – wspomina. – Ten dom kojarzy mi się z beztroskim dzieciństwem. Spotykała się tu wtedy cała rodzina, było wesoło. Do dziś pamiętam smak domowego sera, pysznych wypieków i dżemów mojej ukochanej babci. Noclegi na sianie na strychu. Konia Baśkę i psa Ciapka. Wyprawy do sauny u jednego szanowanego starowiera we wsi… Kiedyś wyznawców tego odłamu wiary było tu dużo – stąd nazwa Buda Ruska – dziś zajmują tylko cztery domy. Za to na ich miejsce pojawili się „uciekinierzy” z miast, w tym wielu artystów.

Świt nad Czarną Hańczą
Świt nad Czarną Hańczą

 Zobaczyć i… zostać

Najpierw w sąsiedniej Maćkowej Rudzie zamieszkał profesor Andrzej Strumiłło, wybitny człowiek sztuki: rzeźbiarz, malarz, poeta, podróżnik, fotograf, grafik, rysownik, scenograf. Urodził się w Wilnie i zawsze ciągnęło go tutaj, pod litewską granicę. Spodobał mu się stary, drewniany dworek, wyremontował go i rozbudował, założył też obok dużą stadninę koni arabskich. Stał się mecenasem kultury na Suwalszczyźnie, organizował tu m.in. plenery artystyczne i wystawy. Przyjeżdżał do niego przyjaciel z Warszawy, rzeźbiarz, Alojzy Nawrat, który także zapragnął osiedlić się w tym rejonie. Profesor jeździł z nim po całej okolicy, ale Nawratowi nic się nie podobało, dopiero kiedy zobaczył dom w Budzie Ruskiej, zdecydował się od razu. W jego ślady chciała pójść Elżbieta Pietras, także rzeźbiarka z Warszawy. – Na początku Fredek, mój mąż, panikował, że będzie daleko do sklepu, do ulicy – wspomina. – Dopiero po kilku latach dał się przekonać. Potem coraz chętniej przyjeżdżał na wieś, a teraz mu się tutaj bardzo podoba.

Sami się dziwią, że Buda Ruska ma tak wielką siłę przyciągania.  Niektórzy przyjeżdżają tu na kilka miesięcy i zostają. Urzeka ich kameralna atmosfera tej wioski. Kiedyś Budę Ruskę odwiedzał polityk Bronisław Komorowski, który wraz z żoną uczestniczył w spotkaniach harcerskich organizowanych przez innego „osiedleńca” z Warszawy, Mariusza Rakowskiego. Przyszłemu prezydentowi tak się to miejsce spodobało, że i on kupił sobie tu chatę. We wsi mają też domy ludzie filmu, m.in. Krzysztof Baumiller. Ponad jedenaście lat temu przeprowadził się do Budy Ruskiej znany fotograf z Augustowa, Piotr Malczewski.

Wszyscy „osadnicy” świetnie się tu czują.  – Myślę, że to nie jest tylko kwestia dobrego klimatu, pięknej przyrody, czy czystej wody w rzece i jeziorze – podkreśla Ela Pietras. – W tych okolicach ludzie są bardzo życzliwi i sympatyczni. Dzieci mówią wszystkim dorosłym „dzień dobry”. Kiedyś organizowałam plenery rzeźbiarskie w Kotlinie Kłodzkiej. Tam musiałam uczyć dzieci, by były śmielsze, wychodziły do ludzi. Trudno mi było też przekonać mieszkańców, by zainteresowali się dziełami artystów. A kiedy zaczęłam urządzać tutaj plenery, okazało się, że nikogo nie muszę namawiać. Ludzie sami przychodzili, co ogromnie mnie ujęło. Poza tym każdy stara się pomóc. Sąsiedzi przynoszą mi rośliny lub drzewa do posadzenia w ogrodzie, a kiedyś podarowali mi nawet łóżko. Tu jest zupełnie inaczej niż w Warszawie, w której ludzie ciągle gdzieś pędzą, są zdenerwowani i nie mają czasu dla siebie.

Ocalić, co się da

Zanim stworzyli we wsi swoje miejsce na ziemi, musieli włożyć w to wiele pracy. Ich drewniane chałupy były w opłakanym stanie… – Żeby zarobić na remont, harowaliśmy z mężem bez wytchnienia – wspomina Ela Pietras. – Robiliśmy prace plastyczne na planie filmu „Quo vadis”.  – Padłam raz nieprzytomna, a Fredek przypłacił ten wysiłek zawałem, ale na nowy dach było…

W swoich chałupach starali się jak najmniej zmieniać. Piotr Malczewski, który ma najstarszy dom we wsi  – z typowymi dla architektury starowierów zdobieniami snycerskimi, oknami witrażowymi na ganku itd. – uważa, że gdyby unowocześnił swoją chałupę, straciłaby duszę. Ania Rakowska śmieje się, że razem z mężem wpadli w szał wyszukiwania wszędzie staroci. Jeździli na bazar na Koło w Warszawie i targ w Suwałkach, rozpytywali znajomych, rodzinę, zaglądali do różnych małych sklepików. – To jest jak nałóg – mówi Ania. – W pewnym momencie musieliśmy powiedzieć sobie „dość”, bo zorientowaliśmy się, że nie mamy już gdzie tych drobiazgów ustawiać.

Każdemu, kto ich odwiedza, z dumą pokazują w swoich domach duże piece kaflowe, zwane maszynami. Służą one do gotowania, pieczenia, ogrzewania pomieszczenia, ale mają też miejsce, na którym można w zimie spać. Ela i Piotr chętnie z tych pieców korzystają, inni zostawili je u siebie do dekoracji. Jedynie Grażyna kiedyś swój zburzyła. – Postanowiłam zamienić go na kominek, ale do dziś nie mogę odżałować tej decyzji – mówi.

Fotografowanie o poranku
Fotografowanie o poranku

Sposoby na życie

Pomysły na to, czym zająć się we wsi, pojawiły się same. Piotr, już kiedy remontował stary chlew wiedział, że chce założyć w nim galerię zdjęć. – A potem przyszło mi do głowy, żeby organizować u siebie warsztaty fotograficzne – mówi. – Mam pokoje gościnne dla turystów. Zapraszam do Budy pasjonatów zdjęć. Przyjeżdżają z całej Polski, a czasem i z zagranicy.

Rano i wieczorem są zajęcia praktyczne, bo tuż po wschodzie słońca i przed zachodem jest najlepsze światło – najbardziej tajemniczo wyglądają zdjęcia w porannej mgle, o świcie można robić fotografie makropajęczyny lub źdźbła trawy z kroplami rosy. W ciągu dnia odbywają się wykłady, pokazy slajdów, dyskusje, a także spływy kajakowe po jeziorze Wigry i Czarnej Hańczy, z przerwami na zdjęcia w najpiękniejszych miejscach. Wieczorami są ogniska albo np. wygrzewanie się w wyremontowanej przez Piotra, tradycyjnej ruskiej bani i kąpiele w rzece. W „Chlewogalerii” Piotr organizuje wystawy fotografii.

Ela Pietras rzeźbi pomniki i ma wiele stałych zamówień, np. na statuetki wręczane laureatom różnych ważnych nagród. Jest znana w Polsce i świecie. Dostała wiele prestiżowych wyróżnień i odznaczeń, m.in. order Gloria Artis. Nie nagrody cieszą ją jednak najbardziej, ale to, że nareszcie ma czas, żeby rzeźbić tylko dla przyjemności i że tutaj, koło domu, znajduje piękne kamienie na swoje dzieła.

Grażyna jeszcze nie przeniosła się do Budy Ruskiej na stałe, bo pracuje w Suwałkach, ale jej mąż Stanisław większość czasu spędza na wsi. Postanowili rozwinąć agroturystykę. Już teraz mają pokoje dla gości, wykopali też na swoim terenie dwa stawy, w których można łowić ryby, wybudowali saunę. Robią własne wina, przetwory oraz przygotowują regionalne przysmaki, np. babkę ziemniaczaną, kartacze. W planach mają kolejne atrakcje.

Magiczna codzienność

Uwielbiają przyrodę. Uważnie ją obserwują i cieszą się, kiedy uda im się odkryć coś nowego. Do Eli kiedyś często przychodził łoś. Niestety, poroże zgubił nie u niej, ale dalej, w Maćkowej Rudzie… – Na łące przed moją chatą zawsze zbierają się bociany przed odlotem – mówi Grażyna. – Raz było ich chyba ze sto. Jest tu cicho, spokojnie, więc podchodzą prawie pod sam dom. A w zeszłym roku do naszego stawu przylatywała czapla, „polowała” na karasie. O każdej porze roku można zobaczyć inne zwierzęta i owady, poza tym zmieniają się odgłosy przyrody. W maju wieczorami pięknie śpiewa u nas słowik, w czerwcu głośno kumkają żaby, a potem dają rzadsze, pojedyncze odgłosy. Pod koniec lipca i sierpnia koncertują świerszcze. Przylatuje też do nas bardzo rzadki, szuwarowy ptak – bąk, którego trele przypominają buczenie.

Zdaniem fotografa Jurka Lecha, który prowadził warsztaty z Piotrem Malczewskim, ludzie w Budzie Ruskiej, jak nigdzie indziej, czują się częścią przyrody. – Zanurzeni w prawdziwej rzeczywistości, doświadczają czegoś wyjątkowego – mówi. – Tutaj dostrzega się rzeczy, których na co dzień się nie widzi. Towarzyszy temu jakaś magia. Dlatego też nawet nasze warsztaty fotograficzne nazwaliśmy „Fotografia, przyroda i czary”.

„Miastowi” mają wrażenie, jakby byli w Budzie od zawsze. Czują też dziwny kontakt z tymi, którzy tu kiedyś mieszkali. Lubią odwiedzać w lesie zarośnięty cmentarz staroobrzędowców i zamyślić się nad starymi krzyżami (z trzema poprzeczkami).  – W naszej wsi ciągle odkrywamy coś tajemniczego – mówi Grażyna. – Kiedyś Staś, mój mąż, znalazł w lesie ogromny kamień z wyżłobieniem w kształcie bosej stopy. Żartowaliśmy, że to stopa prehistorycznego człowieka lub nawet kosmity. Staś poprosił o pomoc sąsiada z traktorem, przymocowali do ciągnika głaz łańcuchami i przywieźli go na nasze podwórko. Przyjeżdżali do nas znajomi, żeby oglądać ten kamień, dziwili się. Wieść o znalezisku się rozniosła, regionalne radio zrobiło o nim audycję. Pojawili się u nas ludzie z Okręgowego Muzeum w Suwałkach, chcieli zabrać ten kamień, ale się nie zgodziliśmy. Uważamy, że tutaj jest jego miejsce.

Pełnia zadowolenia

Nie tęsknią za miastem. – W piątek po pracy zawsze czuję podniecenie – mówi Grażyna. – Myślę już tylko o mojej chacie i pakuję się najszybciej, jak tylko się da. Wiem, że na wsi od razu znikną wszelkie moje problemy. Nieraz przyjeżdżam tu w tygodniu, chociaż na wieczór, żeby poobserwować niebo – nigdzie na świecie nie jest ono takie rozgwieżdżone i księżyc nie świeci tak jasno, jak tutaj. Często zapraszamy z mężem rodzinę, znajomych. Jest wesoło i czuję się wtedy jak dawniej, w dzieciństwie, kiedy latem ten dom był pełny.

Mieszkańcy Budy chętnie spędzają ze sobą czas. Organizują wspólne ogniska, wyjścia do sauny, zimą kuligi, śpiewanie kolęd itp. Obchodzą razem imieniny, sylwestra. Odwiedzają się też bez powodu, po prostu, żeby razem wypić herbatę, porozmawiać. Pomagają sobie we wszystkim, pożyczają od siebie naczynia, mąkę, olej (we wsi nie ma sklepu). Każdy udostępnia innym to, co ma, np. Ela – swoją plażę nad Czarną Hańczą, a inny mieszkający tu artysta, Alojzy Nawrat, łódź.

Twierdzą, że niczego im tu nie brakuje. Nie potrzebują jeździć do miast, aby korzystać z kultury. – To kultura do nas przyjeżdża – śmieje się Ela. – Nigdy tak intensywnie nie obcowałam ze sztuką, jak teraz. Wiele dzieje się np. w klasztorze na Wigrach, ale i u nas, we wsi. Mieszkając w Warszawie, nie poznałam tylu wspaniałych wybitnych ludzi kultury, co tu. Kiedyś siedziałam przy jednym stole z wybitnym poetą i pisarzem litewskim Tomaszem Venclovą i Czesławem Miłoszem! To było wielkie przeżycie. O czym jeszcze mogłabym marzyć?

 

Elżbieta Bogusławska–Przybysz

Buda Ruska

 

Jest to uaktualniona wersja tekstu, który w swojej pierwotnej postaci ukazał się w miesięczniku „Za miastem” (PW „Rzeczpospolita”) w 2007 r.

Dodaj komentarz