Opublikowano

Skrzydlata wyspa

Hornøya - trójka maskonurów na czołówkę

Na północno-wschodnich krańcach Skandynawii, na Morzu Barentsa, leży osobliwe arktyczne królestwo. Rządzą w nim ptaki: alki, nurzyki, mewy trójpalczaste, kormorany… Największą atrakcją są jednak urokliwe maskonury z dużymi, pomarańczowymi dziobami.

Dostać się na ptasią wyspę Hornøya nie jest łatwo, ale będąc na północy Norwegii, trzeba to zrobić. Warto tam wybrać się też specjalnie – niektórzy miłośnicy ptaków przyjeżdżają w to osobliwe miejsce po kilka razy. Najpierw trzeba dotrzeć na półwysep Varanger, a tam przejechać tunelem pod Morzem Arktycznym (najniżej położony odcinek znajduje się 88 m pod poziomem morza!) do małego rybackiego miasteczka na wyspie Vardø. Na Hornøya kursuje stamtąd stateczek, a czasem pontonowa łódź motorowa.

Stateczek płynący na wyspę Hornøya
Stateczek płynący do rezerwatu Hornøya

Ptasie wyspy właściwie są dwie: Hornøya Reinøya, ale aby wejść na tę drugą, trzeba mieć specjalne pozwolenie. Turystom została udostępniona tylko część pierwszej z nich, ale i to wystarczy, by poznać magiczny ptasi świat. Na szczęście tłumów tu nie ma. Docierają tylko ci, którzy naprawdę są zainteresowani i świadomi, z jakim szacunkiem powinno się traktować to miejsce.

Hornøya - widok ogólny_p
Hornøya, a w głębi Reinøya
Hornøya 5_p m
Wyspy w piękną lipcową pogodę

Rezerwat zamieszkuje prawie 200 tysięcy ptaków. A właściwie większość pojawia się tu tylko na kilka miesięcy w roku (od maja do lipca), by złożyć jaja i wychować młode. Potem przenoszą się na otwarte morze. Czas na odwiedzenie wyspy jest więc krótki, biorąc pod uwagę arktyczny klimat, najlepiej przyjechać tu w lipcu.

Gdy tylko wysiada się ze statku, od razu uderza liczba gniazdujących na klifach mew i nurzyków. Całe urwiska skalne się ruszają! Słychać niesamowity ptasi wrzask, zapach jest też intensywny, a mimo to jedyne uczucie, które mi towarzyszy, to zachwyt. Miałam wrażenie, że uczestniczę w czymś niezwykłym.

Hornøya - ptaki na klifie 4_p m_
Ptaki na klifie, na pierwszym planie nurzyki

Trudno o bliższy kontakt z naturą niż tam. Czułam się, jakbyśmy nagle weszli bez pukania do domu tych ptaków i uczestniczyli w ich prywatnym, a często wręcz intymnym życiu… Nic nie robiły sobie z naszej obecności – nie zdążyły mieć złych doświadczeń z kontaktów z człowiekiem. Gniazda z pisklętami są tam dosłownie na wyciągnięcie ręki, można fotografować nawet bez teleobiektywu. Zatrzymałam się na dłużej przy kormoranach, które wychowują swoje pisklęta w parach. Dorośli przynoszą młodym pożywienie w wolu i dzieci wyciągają je rodzicom z niego dziobami. Patrząc na te sceny, odnosi się wrażenie, że to zgodne, kochające się rodziny.

Para kormoranów z młodymi
Para kormoranów z młodymi

Najwięcej osób zatrzymuje się przed maskonurami. Spotkać tam można rysowników, którzy na miejscu szkicują je na papierze. Wszyscy patrzą jak urzeczeni, bo to niezwykłe ptaki, które z miejsca zyskują sobie sympatię każdego. Gdybym miała opisać, jak wyglądają, to stwierdziłabym, że są połączeniem pingwina z papugą. Poruszają się pociesznie, kolebiąc się na boki. Tak samo jak latać, potrafią doskonale nurkować, zanurzając się w morzu na głębokość kilkudziesięciu metrów. Złowione ryby trzymają potem w swoich efektownych dziobach, zanim je zjedzą bądź zaniosą pisklętom.

Maskonur na skale
Maskonur na skale
Maskonur z rybą, upolowaną dla piskląt
Maskonur z rybą upolowaną dla piskląt

Na wyspie Hornøya można podpatrywać kolonie ptactwa na skałach, gniazda w trawie i tysiące ptaków unoszących się na wodzie, ale nie tylko z tego powodu warto tu przyjechać. Urzeka w tym miejscu także flora. Nic dziwnego, że roślinność jest tu bogata, jak na tak surowy klimat – ma przecież pod dostatkiem nawozów naturalnych. Rozmaite gatunki traw, malina moroszka i przeróżne kwitnące byliny gęsto porastają całą wyspę.

Hornøya - kwiaty_pm

Przyjeżdża umówiona łódź i trzeba wracać do Vardø. Wizyta trwała cztery godziny, wydawało się, że to dużo, jak na niewielką wyspę, ale chciałoby się dłużej i dłużej… Atmosfera tego miejsca jest tak niesamowita, że już chwilę po wypłynięciu zaczyna się za nim tęsknić.

Tekst Elżbieta Bogusławska-Przybysz
Zdjęcia Elżbieta Bogusławska-Przybysz i Mariusz Przybysz

Ptasia wyspa

Dodaj komentarz