Opublikowano

Zawieszone tuż pod niebem

0447 ok_m p p_na czołówkę

Droga do jeziora Pangong jest długa i kręta. Trzeba jechać kilka godzin himalajskimi półkami skalnymi, miejscami bardzo wąskimi, pokonać przełęcz Chang La (5340 m n.p.m.), a potem kiepskiej jakości szutrowe drogi, zniszczone przez górskie rzeki. Osobom niezaaklimatyzowanym nie jest łatwo oddychać na tych wysokościach. Zapierające dech w piersiach widoki wynagradzają jednak wszelkie niedogodności.

To niesamowite jezioro znajduje się na wysokości 4250 m n.p.m., ma ponad 130 km długości i jest wąskie (5 km w najszerszym miejscu), kształtem przypomina więc bardziej rzekę. Leży na granicy indyjsko-chińskiej, większa jego część wije się pomiędzy szczytami gór Tybetu. Ponieważ tereny wokół Pangong Tso są mocno chronione przez wojsko (także ze względu na bliskość Pakistanu), trzeba minimum dzień wcześniej załatwić sobie pozwolenie na wjazd w biurze turystycznym w Leh, stolicy Ladakhu. To jednak tylko formalność, podobnie jak przepis, że nad jezioro nie może jechać w samochodzie mniej niż czterech czy pięciu turystów. Miejscowi agenci świetnie sobie z tym radzą, wpisując w dokumenty martwe dusze, a wojskowi w punktach kontroli (takich odpraw jest kilka) patrzą na to wszystko przez palce.

Po drodze nad jezioro Pangong
Po drodze nad jezioro Pangong
Rzeczka na ostatnim odcinku drogi nad jezioro
Rzeczka na ostatnim odcinku drogi nad jezioro

Już sama jazda trzecią najwyżej położoną na świecie drogą jest przygodą! My przeprawialiśmy się tamtędy w maju, w wyższych partiach gór było sporo śniegu. Nasz jeep nie był ogrzewany, chwilami musieliśmy skrobać z szyb lód, by móc obserwować widoki. A te były niesamowite! Oglądaliśmy rozległe doliny z wysokości kilku tysięcy metrów, a potem wjechaliśmy w prawdziwie księżycowy krajobraz: ogromne głazy, rumowiska skalne, ale i piaszczyste pustynie. Tuż przy drodze wiły się mniejsze i większe strumienie, a wśród tego wszystkiego można było często dostrzec świstaka lub inne zwierzę. Nagle w oddali przed nami ukazał się mały turkusowy fragment wody… Ten kolor prawdziwie mnie zaskoczył.

Skrajny brzeg jeziora Pangong po strnie indyjskiej
W prześwicie gór widać brzeg jeziora Pangong
Turkusowa woda jeziora Pangong
Turkusowa woda jeziora Pangong

Chwilę później, już spacerując wokół Pangong Tso i robiąc zdjęcia, odkryłam, że jego barwy się zmieniają, zależnie od powiewu wiatru i stopnia zachmurzenia, które też jest bardzo różne na tych wysokościach. Nawet w ciągu jednej godziny można obserwować jezioro raz turkusowe, innym razem granatowe, szare albo brązowawe… Gdy tafla jeziora jest gładka, pięknie odbijają się w nim górskie szczyty. Niesamowita gra barw i światła.

Jezioro Pangong

Jezioro Pangong

Jezioro Pangong

Klimat tego miejsca jest bardzo ostry. Panują tu tak niskie temperatury, że słone Pangong Tso zamarza na długą zimę. Nie ma w nim bogatej fauny i flory, dlatego jego wody są krystalicznie czyste. Nawet w głębszych miejscach widać kamieniste dno. Krajobraz okolicy, mimo surowości, jest niesamowity. Panuje cisza, widać kojącą przestrzeń… My odwiedziliśmy to miejsce, kiedy jeszcze śnieg nie do końca stopniał, dlatego oprócz nas nie było tam turystów. Jedynie parę ptaków siedziało na brzegu. Można było spokojnie chłonąć wszystko wokół. Poszliśmy dalej wzdłuż jeziora i nagle usłyszeliśmy dochodzące zza pagórka rytmiczne wołanie: „Heeehooo, heeehooo, heeehooo…”. Gdy się zbliżyliśmy, zobaczyliśmy rodzinę pracującą z koniem na malutkim poletku. Ten obrazek, wydawać by się mogło – na końcu świata, tuż pod niebem, zrobił na mnie ogromne wrażenie. Okazało się, że dotarliśmy do malutkiej himalajskiej wioski Spangmik (wtedy od strony indyjskiej nie można było już iść dalej, teraz turyści są wpuszczani też do kolejnych dwóch wiosek: Man i Merak). Składała się z zaledwie kilku domów, a poletka gospodarzy oddzielone były murkami ułożonymi z kamieni.

Wioska Spangmik
Wioska Spangmik

Przyjrzałam się bliżej rodzinie na polu. Podziwiałam ich niesamowitą organizację pracy. Na przodzie szła kobieta, prowadząca konia, który ciągnął coś w rodzaju drewnianego pługu spulchniającego ziemię. Pługiem sterował mężczyzna. Za nim szła młoda kobieta z wiaderkiem, z którego wysypywała zboże, a na końcu starsza pani drewnianym przyrządem przypominającym grabie bez zębów uklepywała ziarno. Co kilka sekund pokrzykiwali „heeehooo”, bo to pomagało im zachować rytm pracy. Patrzyłam z podziwem. Oni nas zauważyli, pomachali z uśmiechem, ale nie odrywali się od zajęcia. Jaka niesamowita panowała między nimi harmonia! Ile szacunku wobec ziemi, którą uprawiali, wobec konia i wobec siebie nawzajem…

Rodzina pracująca na polu w wiosce Spangmik nad jeziorem Pangong
Rodzina pracująca na polu w wiosce Spangmik nad jeziorem Pangong

Pomyślałam, ile warta będzie potem mąka z tego zboża… Jak dużo trzeba włożyć trudu, by powstała. Przyglądałam się też tutejszym pojedynczym domowym zwierzętom, które swobodnie spacerowały po okolicy: jakom, osiołkom, owcom… Bardzo się je szanuje, bo są potrzebne.

Kiedy wracałam rozklekotanym jeepem do Leh, wciąż miałam w pamięci obraz tej rodziny na polu z pięknym jeziorem w tle. Także teraz nieraz go sobie przypominam. Zwłaszcza, kiedy biorę do ręki torbę z mąką lub pieczywo…

Tekst i zdjęcia: Elżbieta Bogusławska-Przybysz

Jezioro Pangong

 

Dodaj komentarz